czwartek, 29 grudnia 2011

Harbin - w poszukiwaniu nostalgii

Obok wstawiam link do świetnego artykułu na temat Harbinu.

Harbin to miasto położone na dalekiej północy Chin, stolica mroźnej prowincji Heilongjiang ( 黑龙江 ). Zostało założone przez Rosjan, którzy później gęsto zaczęli się w tamtych stronach osiedlać. Historia tego miasta jest więc nierozerwalnie z nimi połączona, ale nie brakuje tam również wpływu Polaków. W Harbinie bowiem, do którego często emigrowali Polacy zesłani wcześniej przez sowiecki reżim na Syberię, funkcjonowała kiedyś m.in. polska szkoła, polski kościół, wydawano polskie gazety, a najstarszy chiński browar ("Harbin") założony został przez Polaka.
Już od dłuższego czasu zresztą zamierzam napisać dłuższy post na temat historii tegoż piwa, niestety, materiałów źródłowych jak na lekarstwo.
Artykuł polecam, bo napisany jest ciekawie i rzetelnie.

czwartek, 15 grudnia 2011

Więcej wilków niż mięsa

Dobra, koniec z przechwałkami. Przeczytałem dzisiaj na onecie ciekawy artykuł o swataniu par oraz instytucji małżeństwa i wszystkich występujących w chińskiej kulturze zjawiskach socjologicznych jej towarzyszących. Artykuł - trzeba dodać - miejscami lekko przejaskrawiony, ale w dużej mierze rzetelny i odzwierciedlający prawdziwą sytuację przyszłych żon i mężów żyjących w Państwie Środka oraz problemów z jakimi borykają się na codzień. Poniżej co ciekawsze fragmenty:
Życie miłosne Chińczyków staje się coraz bardziej skomplikowane. Konkurencja na rynku matrymonialnym jest twarda, naciski olbrzymie, a rodzice wtrącają się do wszystkiego. Miłość w Chinach oznacza zawsze trójkąt: romantyzm, konfucjanizm i pieniądze.

(...) Sytuacja młodych Chińczyków jest trudna i robi się coraz trudniejsza. Mści się to, że żeńskie noworodki często jeszcze są w tym kraju niepożądane i od lat rodzi się tu więcej chłopców niż dziewczynek. W 2020 roku ponad 24 miliony kawalerów nie znajdą żony. (...)

(...) Pewnej niedzieli Xin natknął się jednak na Chiny, jakich sam jeszcze nie znał. Starsi, pomarszczeni mężczyźni i kobiety stali z notesami przed tablicą ogłoszeń, siedzieli pod rozłożonymi parasolami, a na każdym z nich widniała kartka z ofertą. To byli rodzice zachwalający swoje dzieci. (...)

(...) Trzeźwe poglądy Chinek objawiają się dziś w dwóch mądrościach. "Od niewolnika do generała" – tak nazywają nagłą przemianę wielu facetów po wypowiedzeniu sakramentalnego "tak". Dla nich samych zaś ślub, ciąża i małżeństwo oznacza "Być jeden dzień księżniczką, dziesięć miesięcy królową i całe życie sprzątaczką". Próbują więc wycisnąć z tego pierwszego dnia jak najwięcej. (...)
Cały artykuł do przeczytania tutaj.

Komentarz:
Powyższy artykuł nie tylko opisuje zmagania singli z przerażającą codziennością, ale i zwraca uwagę na pewien bardzo poważny problem. Skutecznie egzekwowana przez chiński rząd polityka jednego dziecka sprawiła, że rodzice inwestują pieniądze, miłość i całą uwagę w swoją jedyną pociechę. Niestety, brakuje w tym wszystkim umiaru, bo nadopiekuńczy rodzice nie dość że rozpieszczają swoje dziecko, to również robią mu ogromną krzywdę kompletnie pozbawiając samodzielności i całkowicie uzależniając je od siebie. Takie wychowanie na pewno zemści się w dorosłym życiu młodego Chińczyka.

Nie daje mi spokoju jeszcze jedna sprawa. Nie od dziś wiadomo, że badania prenatalne, wynikiem których wciąż niepokojąco często są aborcje, to w Chinach niemal codzienność. Oczywiście rząd, zdając sobie sprawę ze skutków ubocznych wprowadzenia polityki jednego dziecka, stara się przekonać obywatelki do, donaszania żeńskich płodów, jednak wciąż bardziej preferowani są chłopcy. Dlaczego? Ponieważ przynoszą rodzinie prestiż - a dziecko można mieć przecież tylko jedno. Martwi mnie tylko, że tak wielu Chińczyków lekką reką jest w stanie zrezygnować z poczętej już córki dla... no właśnie, dla czego? Dla statusu? Dla posiadania? I nie przeraża sam fakt, bo przecież aborcji dokonuje się wszędzie, bez względu na szerokość geograficzną - przeraża skala tego zjawiska.

Oczywiście zarówno powyższe jak i przytoczone w artykule problemy nie dotykają całego społeczeństwa, a część z przytoczonych w nim przykładów to skrajności, ale warto zauważyć że ich skala jest rzeczywiście duża. Myślę jednak, że rząd już od obmyśla jak sobie z tym poradzić... A może to właśnie te wszystkie odgórnie narzucone regulacje są najwiekszą bolączką Państwa Środka i jego mieszkańców?

wtorek, 13 grudnia 2011

Puchar Happy Cup

W odbywającym się turnieju zorganizowanym przez Happy Football Organization (po 5 zawodników w zespole) od początku nie szło nam najlepiej. Nasz bilans po fazie grupowej rozgrywanej pomiędzy czterema zespołami systemem każdy z każdym, wyglądał tak: 2 remisy (Chiny, Turcja), 1 przegrana (Afryka) i 0 zwycięstw. Z takimi wynikami nie udało nam się zakwalifikować do rundy mistrzowskiej pucharu HFO, ale za to wciąż mieliśmy prawo występów w rozgrywkach Happy Cup.

W ćwierćfinale rzutem na taśmę udało nam się zremisować 7:7 w regulaminowym czasie gry, choć przegrywaliśmy już 2:5. W dogrywce strzeliliśmy gola złotego gola i przeszliśmy do półfinałów, z kwitkiem odprawiając chińską drużynę Xidongkong. W półfinale nie daliśmy najmniejszych szans zespołowi Sport Cafe - rozgromiliśmy ich 9:1, spacerkiem kwalifikując się do finału. Finał miał miejsce dzisiaj, a stanęliśmy w nim naprzeciw mieszanej - jak nasza - drużynie United. Od początku pewnie prowadziliśmy i ani na chwilę nie pozwoliliśmy im zremisować, nie mówiąc o wyprzedzeniu. Ostatecznie odnieśliśmy pewne zwycięstwo 6:4. I tym samym puchar stał się nasz! To już drugie trofeum zdobyte przeze mnie w przeciągu jednego tygodnia! :D

W Pucharze wystąpiliśmy pod znaną stałym czytelnikom nazwą Xiamen Porto. Jednak ze starej drużyny tylko ja się ostałem. Poniżej skład:

U góry od lewej: Karol (Polska), Anvar (Uzbekistan), Ali (Turcja), Ernir (Islandia), Justin (USA), ja, George (Niemcy). Na dole od lewej: Kemal (Turcja), Ronald (Chiny) i Eldor (Uzbekistan). Tylko Yunus (Turcja) się gdzieś zapodział.

foto: Tomas & HFO

niedziela, 11 grudnia 2011

Puchar Falco Electrics

W sobotę (10.12.11) miał miejsce finał turnieju zorganizowanego przez firmę Falco Electrics. Ufundowany jako główna nagroda puchar trafił w ręce zespołu Anselmo, w którym miałem przyjemność zagrać. Do zespołu zostałem dokoptowany jako wzmocnienie dopiero w półfinale - udało nam się rozbić drużynę Falco Electrics 9:5, a mnie samemu udało się strzelić gola i zaliczyć 3 asysty.

Prawdziwe zawody miały się jednak odbyć dopiero w finale - trawiaste (choć bardzo nierówne) boisko, po 7 zawodników w zespole, 2x30 minut, dwie drużyny, jedna piłka i sędzia kalosz(!). Dosyć głupio straciliśmy pierwszego gola, ale po moim wejściu na boisko szybko zdobyłem bramkę niesygnalizowanym strzałem prosto w prawe okienko po pięknym podaniu od Hectora. Na nic się to jednak zdało, bo chińska drużyna za chwilę znów prowadziła. Do przerwy sytuacja się już nie zmieniła.

Na szczęście już na początku drugiej połowy znowu udało nam się wyrównać - pięknego gola z dystansu zdobył Hector! Krótko potem, na skutek złego sędziowania, Chińczycy wbili nam bramkę podczas przeprowadzania zmiany. Ciężko było nam się z tym pogodzić, a im szybciej czas upływał, tym sytuacja stawała się coraz bardziej nerwowa. Nerwy stracił Rodrigo, który musiał zostać zmieniony ze względu na ryzyko zdobycia czerwonej kartki. Z czasem zdominowaliśmy grę, ale huraganowe ataki, nie przynosiły skutku - chiński bramkarz bronił jak w transie. Mecz powoli dobiegał już końca, a sędzia doliczył dwie minuty. Przegrywaliśmy 2:3, jednak w pierwszej minucie doliczonego czasu gry nieoczekiwanie bramkę strzelił Włoch Matteo! Po raz trzeci z rzędu udało nam się zremisować! Chińczycy sensacyjnie stracili prowadzenie, a nas to tylko bardziej zmobilizowało do jeszcze większego wysiłku. W obliczu niemal pewnej przegranej uskrzydliła nas świadomość rozegrania dogrywki, a z rywali, którzy zwycięstwo mieli już niemalże w kieszeni, jakby uszło powietrze. Dlatego postanowiliśmy pójść za ciosem i postawić wszystko na jedną kartę - atakowaliśmy dalej. I udało się! Na około 15 sekund przed gwizdkiem Ernir zdobył przepięknego gola z dystansu prosto w okienko! Golkiper nie miał nic do powiedzenia, a obrońcy tylko bezradnie rozkładali ręce.

W ten sposób udało nam się w sensacyjny i trochę dramatyczny sposób zwyciężyć w finale turnieju i zdobyć puchar :) Natomiast sam puchar ciężki jakby był lany z betonu, a pod spodem naklejona lista triumfatorów ostatnich kilku mundiali. No i ten pomarańczowy kolor! Ale już dla samej satysfakcji było warto gryźć trawę :D

Od lewej: Ja, Ernir, Ali

foto: archiwum

czwartek, 8 grudnia 2011

Zdradliwa matematyka

Dałbym ten post do rozmówek, tyle że nie za dużo było w tej sytuacji dialogu:

Stoję w sklepie całodobowym w kolejce z napojem za 4,5RMB. Pani przede mną, się guzdrze, ale w końcu nadchodzi moja kolej żeby być obsłużonym. Nie mam drobnych, więc płacę banknotem 20-juanowym. Udało mi się jeszcze znaleźć 0,5RMB, więc podaję kasjerowi, co by łatwiej mu było wydać resztę. Niestety, sprzedawcy nie udało się ani przewidzieć tego mojego sprytnego ruchu, ani zareagować z odpowiednim refleksem. Widzę, że się mota - woła kolegę - ale pomyślałem, że to po prostu nowy pracownik i nie może poradzić sobie z kasą fiskalną. Rzecz całkiem normalna - zdarzyć się może każdemu. Woła więc kolegę po pomoc, po czym razem omawiają jakiś problem. Jednka coś za długo to wszystko trwa, więc zerkam za ladę i widzę, że to raczej nie są problemy z kasą, a podsłuchując rozmowę wnioskuję, że kłopot raczej tkwi gdzie indziej. Już nie mogę uwierzyć w to co słyszę, ale mina ekspedientów (jak to profesjonalnie brzmi!) i ich oblicza nawet w najmniejszym stopniu nie skażone myślą zdają się zdradzać wszystko... Po czym wyciągają... Tak! KALKULATOR!

Dodam tylko, że oszczędziłem im - a zwłaszcza sobie - kolejnych kilkudziesięciu sekund próżni myślowej i uratowałem podpowiedzią, że winni mi wydać 16RMB. Uff, jakimś cudem udało im się nie przegrzać zwojów mózgowych. Ale za to jak się chłopaki spocić musieli! Najważniejsze, że wyrobili dzienną normę eksploatacji szarych komórek... ba! pewien jestem, że jak na swoje standardy to i tak tą normę pewnie kilkakrotnie przekroczyli.

piątek, 2 grudnia 2011

Top 10 dań i napojów z chińskich fast-foodów, których nie spotkasz w Polsce

10. Herbata z mlekiem (McDonald's)


Czyli popularna u nas bawarka. W tej części Chin jest to obowiązkowa pozycja nie tylko w każdym szanującym się fast-foodzie, ale i w każdej restauracji w ogóle. Na ulicach Xiamen wprost aż roi się od mini-barów specjalizujących w podawaniu herbat, w tym herbaty z mlekiem - i to we wszystkich możliwych postaciach.

9. Herbata różana (Pizza Hut)


To już trochę bardziej wyrafinowana pozycja. Herbata dla smakoszy, ponoć z dodatkiem olejków owocu róży. Za taki dzbanuszek trzeba zapłacić w okolicach 15zł, więc cena nie jest zbyt wygórowana.

8. Mleko sojowe (KFC)


Ponoć zdrowa żywność, więc co ten napój porabia w menu jednej z największych sieci restauracji fast-food? Nie mogę znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Jedno jest pewne - smakuje obrzydliwie i nie zmienią tego jego najzdrowsze nawet właściwości. Mimo wszystko Chińczycy uwielbiają pić mleko sojowe (ble!), zwłaszcza ciepłe (bleeee!).

7. Ciastko z taro (McDonald's)


Skoro Chińczycy w ciastka ładują bulwy kolokazji, to my analogicznie powinniśmy tam chyba wciskać ziemniaki. Technicznie bowiem rzecz biorąc, owoce taro to warzywa - Chińczykom to jednak jakoś specjalnie nie przeszkadza, a - jak na załączonym powyżej obrazku widać - wręcz przeciwnie.

6. Chrupiące waniliowe krewetki (Pizza Hut)


Ścięte, obtoczone w panierce, chrupiące krewetki podane z sosem. Smakuje conajmniej tak dobrze jak wygląda, więc nie pozostaje mi nic innego jak tylko przyklasnąć temu wyśmienitemu pomysłowi chińskich kucharzy. Zresztą nie ma się co dziwić - krewetki w każdej niemal postaci smakują świetnie, a ja mogę je jeść choćby i na surowo.

5. Kalmar w panierce (Pizza Hut)


Kolejny owoc morza w chrupiącej panierce. Może i wydaje się ta potrawa trochę zbyt egzotyczna jak na nasze polskie, przaśne gusta, ale - a sam kiedyś za kalmarami nie przepadałem - odpowiednio przygotowany smakuje przepysznie! Ważne aby mięso nie było zbyt twarde i gumowate. Podany z keczupem - niebo w gębie.

4. Ryż z tańczącą ośmiornicą (Pizza Hut)


Jeszcze tego dania nie próbowałem, ale ośmiornica w smaku nie odbiega zbyt daleko od kalmara. Ryż z owocami morza to jedna ze sztandarowych potraw tej części Chin, więc trudno ażeby nie występowała w jadłospisie jednej z najbardziej popularnych w Kraju Środka zachodnich restauracji.

3. Ślimaki (Pizza Hut)


Tak, w chińskiej Pizzy Hut można zamówić ślimaki. Ja nawet nie rozumiem jak bardzo ktoś musiał być kiedyś tak głodny/zdesperowany, że zdecydował się skonsumować ślimoka. Jakoś nie mogę się do nich przekonać, ale widać inni lubią.

2. Krupnik na ryżu z wieprzowiną i stuletnim jajem (KFC)


No tak, sama nazwa tej potrawy wywraca żołądki do góry nogami. Co prawda owe jaja oczywiście nie liczą sobie stu lat, ale poddane specjalnemu procesowi fermentacji nie wydają się dzięki temu bardziej apetyczne niż stuletni zbuk, owy proces sprawia bowiem że białko krystalizuje się i przybiera ciemnobrązowy kolor, a zzieleniałe żółtko rozpływa się w ustach. Brzmi obrzydliwie? Nic bardziej mylnego - Chińczycy wręcz się nimi zajadają, a przyznam się że i mi bardzo przypadły one do gustu. Oczywiście nie każdemu zasmakują :)

1. Smoothie z czerwonej fasoli (McDonald's)


Proszę mi wybaczyć, ale zbiera mi się na wymioty za każdym razem gdy widzę czerwoną fasolę wykorzystaną w innej postaci niż zezwalają na to kanony kuchni meksykańskiej. Tymczasem w Chinach jest ona używana na takich samych prawach jak owoc! A przecież jest tu tyle prawdziwych pysznych egzotycznych owoców, że wymienię tylko ananasy, mango, liczi itd. Ale nie! - wszędzie ta czerwona fasola! Już naprawdę nie mogę sobie wyobrazić gdzie oni ją jeszcze upchną.

foto: internet

czwartek, 1 grudnia 2011

Rozmówki polsko-chińskie [12]

W drodze do pracy zamawiam na wynos lunch niemal zawsze w tej samej knajpie. Skoro bar jest oddalony od mogo miejsca pracy dosłownie o kilkaset metrów, to pomyślałem sobie, że nie powinno być problemu z dowozem:

Ja - Czy dowozicie też na wynos?
Baba - A to zależy gdzie... daleko?
[J] - No do XXX, tuż za rogiem.
[B] - A tam to nie, bo portierzy nie wpuszczają...
[J] - No jak, przecież wpuszczają!
[B] - A na które piętro?
[J] - Na 31.
[B] - A nie, to za wysoko...
[J] - No, ale przecież jest winda!
[B] - Nie... za wysoko.
[J] - Ale...
[B] - Za wysoko... stanowczo za wysoko...
[J] - ...

Cdn.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Tymczasem w Kantonie...

... pasą krowy w środku miasta


... serwują wyśmienity rosół (Kung Fu)


... jeżdżą trolejbusami


... żłopią czeskie Zubry (WTF?)


... stawiają pomniki fekaliom ;)


... obcują z kulturą


... obżerają się czipsami o smaku herbaty z cytryną


... nawet szare niebo zachwyca...

foto: Tomas

piątek, 18 listopada 2011

Butik fail

Podczas mojego ostatniego pobytu w Kantonie wybrałem się na wycieczkę miastoznawczą - mapa w rękę i rundka poprzez wszystkie największe centra handlowe (zlecenie miałem). W ten oto sposób udało mi się najpierw natknąć, a zaraz potem - obiektywem mojego aparatu - uwiecznić, kilka przepięknych porażek.
Pierwsza, czyli bardzo oryginalnie brzmiąca podróbka, poniżej:


Niżej jest jeszcze lepiej - widać, że "tłumacz" na serio potraktował swoją robotę, bo postanowił dosłownie przetłumaczyć nazwę sklepu. Niestety, przedobrzył:

A mówią, że Chińczykom to niby brakuje kreatywności!

foto: Tomas

Targi Kamieniarskie KAMIEŃ 2011

W tym roku, w dniach 9-12 listopada odbyła się druga edycja targów kamieniarskich pod szyldem "Kamień-Stone". Warto dodać, że historia tych targów jest trochę dłuższa - wcześniej odbywały się one na mniejszą skalę we Wrocławiu.

Na targach branży kamieniarskiej wystawiają się przede wszystkim producenci kamienia (nagróbków, elementów budowlanych i wyposażenia wnętrz, rzeźb), hurtownicy, producenci specjalistycznego sprzętu (służącego głównie do obróbki materiału), ale również i artyści jak Stowarzyszenie Polskich Artystów Mozaiki.

Jak organizatorzy twierdzą, są to ponoć największe tego typu targi w Europie Środkowo-Wschodniej. Łącznie na targach pojawiło się 243 wystawców z 17 krajów z całego świata. Najwięcej przedstawicieli miała oczywiście Polska (102), ale pojawiło się również wiele firm z Włoch (55) i Chin (38 - w tym moja :)). Trochę mniej stoisk wystawiła Hiszpania, Niemcy (po 10) i Indie (7).

Wiecej na oficjalnej stronie targów www.kamien-stone.pl.

foto: Xiaowu

piątek, 28 października 2011

Top 10 najdziwniejszych owoców jakie jadłem

10. Pomelo


Cytrus wyglądem przypominający grejpfruta, lecz dużo większy. Odcień kolorów od żółtego poprzez jasno-zielony do czerwonego. Posiada wyjątkowo grubą skórkę, przez którą trudno się przebić bez pomocy noża. Smak bardzo słodki, z domieszką kwaśnego. Idealnie orzeźwia w letnie upały. Zawiera bardzo dużo maleńkich pestek. Występuje głównie w Południowo-wschodniej Azji.

9. Karambola


Ze względu na kształt, popularnie zwana gwiaździstym owocem. Niedojrzałe owoce mają cierpki, kwaśny smak i zielony kolor skórki, natomiast dojrzałe są złocisto-żółte i mają słodkawo-kwaśny, czasami neutralny smak. Spożywa się je w całości ze wraz z woskowaną skórką i nasionami. Często służą jako deser, przystawka do drinków lub po prostu do dekoracji. Owoc pochodzi z Malezji i Indonezji.

8. Smoczy owoc


A konkretnie - czerwona pitaja. Owoc kaktusa, wyróżniejący się delikatnym białym miąższem z maleńkimi czarnymi nasionami, z zewnątrz otoczony czerwoną, miękką skórką. Wielu porównuje jego smak do kiwi, ale moim zdaniem owoc nie jest aż tak kwaśny. Z drugiej strony jest też mniej słodki, bardziej delikatny w smaku i nie tak soczysty jak kiwi. W Chinach, podobnie jak karambola - często podawany jako deser do posiłków w restauracjach. Pochodzi z Ameryki Środkowej, ale obecnie jest uprawiany także w Azji.

7. Longan


Mandaryńska nazwa owocu oznacza smocze oko ( 龙眼 - lóngyǎn). Wyglądem bardzo przypominający liczi. Z wierzchu pokryty cienką, twardą skorupką, a w środku wypełniony białym, półprzezroczystym, bardzo słodkim i soczystym miąższem. Wewnątrz znajduje się duża, czarna pestka, która również jest jadalna. Chętnie dodawany do syropów, deserów. Owoc dostępny w Południowo-wshodniej Azji, w Europie niestety jedynie w puszkach.

6. Durian


Owoc o wielkiej bulwie, pokryty najeżoną kolcami skórą, co sprawia że niemożliwe jest obranie go bez użycia dużego noża lub maczety. Miękki miąższ duriana wydziela specyficzny, przykry dla człowieka zapach, natomiast smak jest już znacznie lepszy. Durian jest słodki, ale smakuje trochę jak cebula. Występuje w Azji, a najbardziej popularny jest w Tajlandii i Wietnamie. Bardzo często używany jest w przetwórstwie - jest m.in. suszony, kandyzowany, powstaje tam też wiele produktów o smaku duriana. Osobiście zbytnio za nim nie przepadam.

5. Yangmei


Po polsku - owoc chińskiego drzewa truskawkowego (prawda że długa nazwa?). Przed spożyciem owoce koniecznie trzeba najpierw sparzyć, dezynfekując je. Natychmiast potem są gotowe do spożycia. Mają słodki smak i są bardzo soczyste. W środku owocu znajduje się pestka. Warto też dodać, że yangmei wchodzi w zęby :) Występuje głównie na południowym wschodzie Chin, skąd pochodzi.

4. Mangostynka


Mangostynka to duża, ciemnofioletowa jagoda, pokryta grubą skórką, wewnątrz której znajdują się cząstki owocu. Owoc mangostanu właściwego jest jednym z najbardziej smacznych owoców Azji. Niestety, bardzo szybko się psuje, dlatego jego transport do innych części świata jest niemal niemożliwy. Bardzo ceniony za walory smakowe. Występuje w Azji Południowo-wschodniej.

3. Rambutan


Dojrzały owoc ma zazwyczaj czerwony lub ciemno-czerwonawy kolor. Jest okrągły i pokryty grubymi włoskami. Skórka owocu jest wystarczająco miękka, by bez problemu rozerwać ją rękoma bez potrzeby używania żadnych narzędzi. W środku owoc wygląda niemal identycznie jak liczi i longan - jasny, szklisty miąższ otula umieszczoną w samym środku czarną, twardą pestkę. Smak rambutana jest bardzo słodki, a sam owoc soczysty, dlatego często jest puszkowany i eksportowany. Rośnie m.in. w Chinach, Tajlandii, Malezji.

2. Jabłko budyniowe


Owoc o zielonej skórce, teksturą przypominającą wypukłe łuski. Po otwarciu owocu w środku znajduje się słodki, biały miąższ oraz niejadalne, czarne nasiona. Oprócz Południowo-wschodniej Azji, występuje również w Australii i Afryce.

1. Tamarynd


Owoce tamaryndowca wyglądem przypominają ogromną fasolę strąkową. W jego środku znajduje się jadalny miąższ oraz nasiona. Tamarynd jest wszechstronnie wykorzystywany, nie tylko w kuchni, gdzie jadany jest na surowo, suszony, dodawany do potraw, ale także do farbowania płócien, wytwarzania biżuterii, a drewno tamaryndowca jest wysoko cenione za swoją barwę oraz bardzo wytrzymałe i odporne na szkodniki.

foto: internet
źródła: własne, wiki, 1, 2

wtorek, 18 października 2011

czwartek, 13 października 2011

Jaśki z czerwoną fasolą

Nie wiem jak to się stało, że nie wpadłem na utworzenie takiej kategorii 4 lata temu, gdy powstawał blog. Teraz wydaje się to takie oczywiste! W każdym kolejnym poście z tego gatunku będę przedstawiał gdzież tym Chińczykom udało upchać się czerwoną fasolę, podstawowy składnik ichnich słodyczy. Niektórym (w tym niżej podpisanemu) ciężko to sobie wyobrazić, ale w Chinach i większości krajów wschodnio-azjatyckich czerwona fasola jest traktowana jak bakalia, o wiele chętniej i częściej niż na przykład klasyczne rodzynki. Cóż, ja do grona miłośników takich rewolucji kulinarnych nie należę. Owszem, zdarzyło mi się zjeść skrzypłosza czy sikwiaki, okazjonalnie jadam ślimaki, uwielbiam kalmary z grilla, a za ostrygami wprost przepadam, ale bez przesady!

Poniżej, na pierwszy ogień idą znalezione w pobliskim markecie jaśki, czyli poduszki pszenne, nadziewane czerwoną fasolą.

Smacznego!

foto: Tomas

niedziela, 9 października 2011

Tommy Welai

Poniżej chińska podróbka pewnej znanej na świecie marki odzieżowej. Zdjęcie nowo otwartego sklepu zrobione na Zhongshan Lu - głównym deptaku handlowym w centrum miasta.


foto: Tomas

środa, 5 października 2011

P-p-p-pająk!

Krótka przerwa, która nastąpiła w redagowaniu bloga, wymuszona została chimerycznym działaniem vpn, którego używam do kontaktowania się ze światem. Ale już jestem z powrotem :)

Kilka dni temu do łazienki wkradł mi się taki stwór:


Nie miałem pod ręką ani miotacza ognia, ani numeru telefonu do chińskich antyterrorystów, więc - czując jednocześnie respekt do jego rozmiarów i paniczny strach - spsikałem go Raidem. Starcie szczęśliwie udało mi się wygrać:

video

Nie jest to jednak pierwszy raz kiedy spotkałem tak wielkiego pająka, więc tym razem postanowiłem go zidentyfikować. Zgłosiłem zdjęcie do What's that bug?, ale mi nie odpisali, więc spróbowałem na własną rękę. Niestety średnio mi się to udało. Z fotografii które znalazłem w internecie najbardziej przypomina on gatunek potocznie zwany huntsman spider z rodziny spachaczowatych. Pająk ten nie jest groźny dla człowieka, ani nie jest szkodnikiem, wręcz przeciwnie - ze względu na dietę składającą się głównie z karaluchów i innych domowych szkodników powszechnie uważany jest za pożyteczny.

niedziela, 25 września 2011

Y jak Yao Ming

Chociaż Yao Ming nie był pierwszym Chińczykiem w NBA - tym był wybrany w drafcie NBA w 2001 roku Wang Zhizhi - to na pewno został najbardziej rozpoznawalnym reprezentantem swojego kraju w najsilniejszej koszykarskiej lidze świata. Gdy w 2002 roku podpisał kontrakt z Houston Rockets, egzotyką było dla nas pojawienie się w takiej lidze i w takim zespole Chińczyka. Dlaczego egzotyką? Może dlatego, że mierzący 2 metry 29 centymetrów(!) Yao Ming przeczy wszelkim stereotypom dotyczącym mieszkańców Państwa Środka - nie jest ani mały, ani szczupły, nie ma wystających zębów, ani nie nosi bambusowego kapelusza.


Mimo braku kapelusza na wyposażeniu stał się ważnym ogniwem nie tylko swojego zespołu i reprezentacji - o której zaraz będzie mowa - ale dał też przykład milionom rodaków, którzy teraz próbują iść w jego ślady, bo - wbrew pozorom - koszykówka to jeden z najbardziej ulubionych i najczęściej uprawianych sportów wśród Chińczyków. I pewnie pograłby jeszcze na wysokim poziomie przez kilka lat, gdyby nie nękające go kontuzje, przez które ostatecznie zdecydował się zakończyć karierę sportową, decyzję podał do wiadomości publicznej 20 lipca br.


Dzisiejszego wieczora w Wuhan, stolicy prowincji Hubei, miał miejsce finałowy mecz Mistrzostw Azji w Koszykówce. Złoty medal wywalczyła drużyna Chin, pokonując w finale reprezentację Jordanu z wynikiem o jeden punkt wyższym (70:69) po niezwykle zaciętej walce. Warto dodać, że Chińczycy przez cały turniej przeszli jak burza, wygrywając wszystkie mecze w fazie grupowej i play-off aż do dzisiajszego finału. Jeszcze większe wrażenie robi fakt, że na 18 startów w tych rozgrywkach chińska drużyna tylko raz(!) nie zdobyła medalu, a po złoto sięgała aż 14 razy (!!!).

W roli komentatora wystąpił oczywiście nie kto inny jak Yao Ming :)


Ciekawostka: Ye Li, żona Yao Minga, również zawodowo gra w koszykówkę i mierzy 190cm wzrostu. Para pobrała się w sierpniu 2007 r., a w zeszłym roku na świat przyszła ich córka Amy. Nie wiadomo jeszcze czy pójdzie w ślady rodziców ;)

piątek, 23 września 2011

B jak BRT

Kolejny wpis z kategorii alfabet. Pora ponadrabiać zaległości ;)

Przystanek BRT

BRT (Bus Rapid Transfer) to rozwiązanie komunikacyjne pozwalające połączyć oszczędność czasu i pieniędzy z komfortem i wygodą. Charakterystyczny dla tego środka transportu jest specjalnie wydzielony lub wybudowany pas ruchu oraz większe odległości pomiędzy przystankami niż w tradycyjnych środkach komunikacji autobusowej. Dzięki temu, busy mogą poruszać się po jezdni z większą prędkością. Pierwszy system BRT na świecie powstał w 1974 roku w Brazylii, na Kurytybie, a pierwszy w Chinach - w 1999 roku, w Kunmingu.

Wnętrze busa BRT

Xiameński system BRT powstał w 2008 roku, a do użytku został oddany 31 sierpnia. Na dzień dzisiejszy składają się na niego 3 linie, a łączna ich długość wynosi ponad 67km, gdzie maksymalna prędkość poruszania się busów wynosi 60km/h.

Jedna z ważniejszych arterii Xiamen z elewacją BRT

BRT w Xiamen powstawał przez kilka lat. W tym celu wybudowano dedykowany mu system estakad. Oprócz 3 głównych linii - które cały czas są rozbudowywane - BRT obsługuje również kilkanaście (bądź kilkadziesiąt) linii naziemnych, które są ich przedłużeniem.

Bus BRT

środa, 14 września 2011

Człowiek-Dyskoteka

... na zachodzie znany szerzej jako Mirrorball-man, zaskoczył nieprzygotowanych na spotkanie z nim Chińczyków, w biały dzień wybierając się na przechadzkę po centrum miasta. Szok! Zdziwienie! Niedowierzanie! - takie były reakcje na zaskakujące pojawienie się w mieście superbohatera, który błądził po ulicach zapewne jeszcze nie do końca pozbierawszy się po wczorajszej, całonocnej walce z parkietem, techniawą, alkoholem i młodymi kobietami. Toż to pełen cnót wzór dla młodzieży!

Powyżej jak dotychczas jedyna istniejąca fotografia Człowieka-Dyskoteki.

Człowiek-Dyskoteka
Kostium (alternatywna wersja letnia): klapki zapewniające odpowiednią przyczepność do niemal każdej nawierzchni, komfort poruszania się i wygodę, eleganckie czarne rurki, czarna koszula z krótkim rękawem uzbrojona w teksturę kuli dyskotekowej w kształcie odwróconego trójkąta spełniająca jednocześnie funkcje rekreacyjne, obronne i symboliczno-rozpoznawcze, zasobnik przytroczony do pasa, nad prawym pośladkiem
Gadżety: mini kule dyskotekowe do rzucania, płyta winylowa służąca za tarczę, stroboskop ukryty pod koszulą, maszyna do uwalniania sztucznego dymu ukryta pomiędzy pośladkami
Moce: nucenie wpadających w ucho przebojów, imitacja kuli dyskotekowej poprzez powieszenie się pod sufitem, otwieranie piwa zwieraczem
Najwięksi wrogowie: Kapitan Bełt i Człowiek-Kac

foto: Tomas

poniedziałek, 12 września 2011

V jak Villarreal

No, szmat czasu minął od moich ostatnich wpisów. Trochę się w tym czasie w moim życiu działo, ale wszystko już powoli wraca do normy, a blog będzie już odtąd aktualizowany bardziej regularnie. Niniejszym wpisem otwieram piąty sezon blogowania z Xiamen, miłego czytania :)

22 lipca 2011 roku w Xiamen miejsce miała konferencja prasowa z udziałem zarządu klubu hiszpańskiej La Ligi, Villarreal CF. Tematem była umowa sponsorska, podpisana pomiędzy klubem, a jednym z topowych chińskich producentów odzieży i obuwia sportowego Xtep.


Umowa obejmuje okres 1 lipca 2011 - 1 lipca 2016, a na jej mocy hiszpański klub ma zostać wsparty m.in. kwotą 4,5 mln EUR, jak i wyposażeniem sportowym. Na mocy kontraktu Villarreal zobowiązał się do odbycia pięciu tournée w pięciu kolejnych sezonach, podczas których ma zagrać towarzyskie mecze z chińskimi drużynami. Pierwsza wizyta 4. drużyny Primera Division miała miejsce już tego lata, a wraz z drużyną przyjechali do Xiamen m.in. tak uznani zawodnicy jak Nilmar, Marcos Senna czy Borja Valero.

Zespół nakręcił także dla chińskiego sponsora reklamówkę, w której występują największe gwiazdy drużyny. W internecie znalazł się także trzyczęściowy zapis filmowy z wyprawy do Xiamen tu, tu i tu. Niestety, jedynie po hiszpańsku.

Xtep International Holdings Co. swoją siedzibę ma w mieście Quanzhou, w prowincji Fujian. Jest bardzo młodą firmą - na rynku istnieje bowiem dopiero od 1999 roku - ale już wkracza na rynek wielkich graczy. W ubiegłym roku grupa podpisała umowę sponsorską z innym znanym klubem - angielskim Birmingham City FC.
Prezydent Xtep-u, Ding Shuibo, jest bardzo zadowolony z podpisanej umowy. Zaznacza, że w Chinach znajduje się największa ilość kibiców na świecie i ma nadzieję, że dzięki parafowaniu kontraktu z Villarreal uda mu się zdobyć im więcej fanów w tej części świata.

Już w pierwszym kwartale 2012 roku, Xtep planuje wypuszczenie na rynek produktów sygnowanych marką Villarreal.