wtorek, 27 listopada 2007

Urodziny Floriana

Kto to właściwie Florian jest? A to taki sympatyczny Niemiec. Tak bardzo sympatyczny, że określenie - dajmy na to - Szwab zupełnie do niego nie pasuje :) Jest wysoki, chudy, ma długie włosy, nosi okulary, a i poczucie humoru ma bardzo osobliwe, co bynajmniej w tym wypadku nie jest wadą :D
Poznałem go jakiś czas temu, gdy Sebastian [gram z nim często w piłkę] wyciągnął mnie w pewien piątkowy wieczór do kafejki na multiplayera w Counter Strike'a. Było miło i od tamtego czasu... już co tydzień wybieram się najpierw na kolację, potem na bilard i na końcu na CS'a razem z nimi i kilkoma Indonezyjczykami - Adim, Andreasem, Rianem i innymi.

Do rzeczy.
Urodziny Floriana były tydzień temu, ale postanowił je zorganizować w minioną niedzielę, tuż po xiameńskim Loy Kratongu. Sponsor się nie pojawił, więc miałem wolny wieczór, zresztą już wcześniej obiecałem mu, że przyjdę. Jak tylko Asia i Renata usłyszały o imprezie, to mimo, iż w ogóle jeszcze nie znały Floriana postanowiły się wkręcić. Jubilat nie miał oczywiście nic naprzeciwko. Trzeba było szybko coś wymyślić na prezent, więc skoczyliśmy szybko do sklepu po chińskie wino Changyu, rocznik 1999 za 30Y XD Żeby nie było - Changyu to w Chinach uznana marka :) Natychmiast potem udaliśmy się na miejsce imprezowania, czyt. na plażę. A tam czekał już na nas Florian z przyjaciółmi.

Rozpoczęło się bardzo spokojnie, od spożywania różnej maści trunków, czyli tak jak zawsze i wszędzie. Oczywiście nie mogło się skończyć tylko na tym. Floriana cechuje to, że ma milion pomysłów na minutę, więc nawet się nie obejrzałem, kiedy to podzieliliśmy się na drużyny, ustawiliśmy bramki z klapków i śmigaliśmy za piłką po piasku :) Grać w takich warunkach było oczywiście mordęgą i... niesamowicie fajną zabawą!
Pobiegaliśmy tak trochę, a potem przyszedł czas na odpoczynek, popitkę i... znów jubilat dał znać o sobie! Tym razem na tapecie pojawiła się siatkówka. Co jak co, ale plaża to idealne miejsce ba tego typu grę, więc nie trzeba mnie było długo prosić :) Miałem w końcu szansę trochę się wytarzać, hehehe :D

O ile dobrze dobrze pamiętam następną atrakcją była gra w butelkę. Chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć na czym ta gra polega :) Osoba wylosowana miała do wyboru pytanie lub zadanie. Największego pecha miał Sebastian, który 3 razy z rzędu został wylosowany, a pytania jakie mu zadawano można by nazwać "co najmniej" wstydliwymi. Oczywiście były też i osoby, które pragnęły dać ujście swoim nadpobudliwym skłonnościom, co zaowocowało zadaniami w stylu: wchodzenie na palmę [oczywiście nie kto inny jak szczęściarz Sebastian :], udawanie małpy, stanie na rękach [Renata], taniec erotyczny z palmą [niestety ja, na szczęście nikt tego nie zarejestrował :P], ale najciekawsze miał Adi, który to miał przestraszyć dwie, Bogu ducha winne dziewczyny, które - na własne nieszczęście - znalazły się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Mimo pozornej trudności zadanie zostało wykonane wzorowo :)

Co było potem pamiętam już mniej klarownie. To, co najbardziej utrwaliło mi się w pamięci, to Florian, który wypił kapkę za dużo i miał problemy z nadpobudliwością, co z kolei stworzyło nam problemy z ujarzmieniem jego. Trzeba było poruszać się bardzo ostrożnie i imponować zwinnością, by nie przykuć jego uwagi, nie zostać zaatakowanym i natychmiast powalonym na ziemię.
Nieszczęściem Sebka było to, że Florek upodobał go sobie na ofiarę, co z kolei było błogosławieństwem dla nas, ponieważ mieliśmy względny spokój :) Jednak nie na długo, gdyż wkrótce potem Florian ubzdurał sobie by atakować moją nogę, która wcześniej została zmasakrowana w starciu z Sebastianem, gdy graliśmy w piłkę.
Ucierpiała też Yenni, która -pechowo - znalazła się w pobliżu Florcia, gdy jego stan osiągnął apogeum szaleństwa. Gdy tylko dostrzegł ją na horyzoncie, bez zbytniego zastanawiania się zaserwował piłką w twarz biednej dziewczyny. Biedaczka długo musiała do siebie dochodzić.

Gdy po jakimś czasie udało się uspokoić jubilata, czy to może on sam już opadł z sił, zaczął się tzw. "stały fragment gry", czyli..."yyy....buuueeee" XD W tym trudnym dla niego czasie, byliśmy jednak przy nim, a ja dzielnie zasypywałem rzygowiny piaskiem, jakby miało to coś dać :) Chłop zrobił swoje, a potem zaczęliśmy już się zwijać do domu. Florian nie był nawet w stanie się czołgać, więc ja i Sebastian musieliśmy go nieść. Do tej pory nie wiem, jak udało nam się go przepchnąć przez dziurę w bramie naszej szkoły, ani jak zawlekliśmy go na 6. piętro, no ale jakoś się udało. Zainteresowanego odprowadziliśmy aż do łazienki, gdzie ów - jak się później okazało - spędził noc.

A ja? Świadom dobrze spełnionego, obywatelskiego obowiązku, pożegnałem się i wróciłem grzecznie do siebie :)

A teraz coś na osłodę:

Komentarz zbędny :)


foto: Archiwum

Urodziny Mathieu

Oprócz obu Loy Kratongów, miniony weekend obfitował w urodzinowe party, o ile tak je można nazwać.

W niedzielę urodziny miał Mathieu, studiujący architekturę kolega z Francji. Spotkałem go w sobotę na boisku piłkarskim. Gdy po grze wracaliśmy już do akademika to mimochodem wspomniał o swych urodzinach i w ten o to sposób zostałem przez niego na nie zaproszony. Wróciłem do siebie, wyszykowałem się i już byłem u niego w chacie [nie mieszka w akademiku, tylko wynajmuje mieszkanie niedaleko, z Adrianem - też Francuzem i jeszcze z jakimś Chińczykiem]. Co mnie zdziwiło - gości policzyć można było na palcach jednej ręki. Oprócz jubilata i mnie byli też wspomniany wcześniej Adrian, Niemiec Rene, z którym chodzę na Minanhuę oraz Natalie, również z Francji.

Mieszkanko mają takie sobie. Mogłoby być bardziej przytulne, gdyby je doprowadzili do bardziej używalnego stanu i mniej brudzili, no ale ciężko o coś takiego w miejscu gdzie żyje 3 facetów naraz ;)

Siedzieliśmy tam troszkę, gadaliśmy, popijaliśmy, no a jak już wszyscy zgłodnieli, to wyruszyliśmy w miasto. Mathieu zaprosił nas na kolację do indonezyjskiej restauracji! Jedzenie było przepyszne, a nawet obsługa bardzo miła :) Z tego co pamiętam to skosztowaliśmy m.in. makaronu po indonezyjsku, kurczaka w cytrynowej trawie, bakłażana na ostro, ryby w sosie kokosowym [pyyyychaaa!!!] oraz krewetek curry. Wszystko smakowało extra! Jedynym minusem był stosunek ceny do ilości, gdyż dania nie należały do tanich i były stanowczo za małe :/

Po smacznym posiłku udaliśmy się do kawiarni. Ja zamówiłem sobie kakało :> Chciałem posmakować chińskiego kakała, a zresztą nie pijam kawy. Muszę powiedzieć, że było pyszota! Ale znowu ta cena - 15Y za kubek :/ Heh, jak już można tu dostać coś innego, lepszego to zazwyczaj jest droższe nawet niż u nas w Polsce :) Dziwne...

Następnie udaliśmy się do UX posiedzieć nad jeziorkiem, zaopatrzeni w to i owo :) Atmosfera i klimacik nad jeziorkiem były niepowtarzalne, do tego księżyc w pełni. Ach... rozmów i wygłupów w takim otoczeniu i warunkach nigdy nie chciało by się kończyć :)
W międzyczasie dołączył do nas kolega Robert [też z Niemiec] - trochę zakręcony, ale bardzo w porządku. Pośmialiśmy się z nim jeszcze trochę, po czym skoczyliśmy wszyscy razem na kaorou [chińskie barbecue], a potem to już każdy w swoją stronę, bo i pora już późna była.

Bardzo miło spędziłem więc wieczór z soboty na niedzielę, którego wspomnienie pozostanie w pamięci na długo... :)

Loy Kratong bonus :)

Poniżej filmiki, które udało mi się zrobić podczas Loy Kratong w UX:


video
Pokaz tajskiego boksu w wykonaniu tajskich studentów :)


video
Tradycyjny tajski taniec w wykonaniu pięknych tajskich dziewczyn :))


video
Taniec z wachlarzami to mój absolutny faworyt, wymiękniecie! Polecam!!! :)))

A co Wam podoba się najbardziej??? Pisać! :-)


video: Tomas

Loy Kratong część 2

Deja vu? Nie!

No właśnie :) Tak się fajnie w tym roku złożyło, że tajscy uczniowie z Jimei i UX postanowili zorganizować dwie, zupełnie niezależne od siebie imprezy. Xiameński Loy Kratong odbył się w niedzielę, tak by terminy ze sobą nie kolidowały.

Zaprosiliśmy też Sponsora, żeby do nas przyjechał, ale niestety zajęty ważnymi sprawami, ostatecznie nie dotarł na miejsce.

Poniżej zdjęcia z impry w UX:


Tajski przysmaki już za chwilę będą gotowe o skosztowania. Mniam, mniam!


Kratongi czekają na swych właścicieli...


Na szczęście dopisała nie tylko pogoda - ludzie też nie zawiedli


O, bąble! :D


Były tańce, śpiewy, hulanki... [a ta ładna pani na zdjęciu to moja koleżanka :]


To, co tygryski lubią najbardziej, czyli... konkurs piękności! Moja faworytka to ta pani w ubrana w kostium o kolorze czerwono-czerwonym :) Z tego całego zamieszania nie dowiedziałem się kto wygrałem, ale gdy się tylko zorientuję to zaktualizuję posta. Do tego czasu przyjmuję zakłady! :D


Kratong mój i Amm, przed...


...i po wodowaniu. Prawda, że ładny? Niestety, puszczałem sam ;( Ale kto wie, być może następnym razem... :}


Gdzie było fajniej? Oceńcie sami :)


foto: Tomas

niedziela, 25 listopada 2007

Loy Kratong część 1

Co to jest Loy Kratong?
Jest to jedno z najbardziej popularnych tradycyjnych tajskich świąt, którego początki sięgają wstecz do XIII w. ne, do opowieści o królu Ramkhanhaeng'u i jego małżonce Nang Nopamas. Nang zrobiła pierwszy kratong jako dar dla rzeki i puściła go z nurtem w jednym z pałacowych kanałów tak, by zauważył go jej ukochany. Król był tym niezmiernie oczarowany. Do dzisiaj legenda głosi, że jeżeli kratong dwojga zakochanych będzie utrzymywał się na wodzie dopóty, dopóki nie zniknie za horyzontem, ich miłość będzie trwała wiecznie.

Loy Kratong jest to święto zakochanych i powinno się je spędzać w towarzystwie ukochanej osoby.

Niestety, jako że ma wybranka w chwili obecnej znajduje się w Tajlandii, w święto bawiłem się razem z przyjaciółmi. Zebraliśmy się w 8-osobową grupę [Polki: Asia, Renata, Agata, Daniela, Japonka Sandy, Niemiec Sebastian, Tajka Dailing, no i oczywiście moja skromna osoba :] wynajęliśmy taksówkę i pojechaliśmy do Jimei, do mojej starej szkoły. W HWXY znajduje się sporo tajskich studentów, więc i nie mogło tam się obyć bez tego tradycyjnego święta.

Gwoli ścisłości - święto wypadało 24.11, ale że jest to dzień przed testem HSK [certyfikat z j. chińskiego], więc zdecydowano się zorganizować je dzień wcześniej, w piątek. A oto jak się bawiliśmy:



Jedną z atrakcji był konkurs piękności dla nie-Tajów :) Jak widać, było na co popatrzeć :D


Tajski taniec tradycyjny


Jak wyżej. Ech, można się było napatrzeć ;)


Chłopaki z "Honglvdeng" [Światła drogowe"] dali czadu!


Przyszedł i czas na odświeżenie starych znajomości, w końcu trochę się już nie widzieliśmy:

Johnny Boy z Indonezji


Ivanka - Wietnamka z Czech :)


Keaw z Tajlandii


Spotkałem też wielu innych znajomych, niestety nie wszystkich udało się uwiecznić na zdjęciach, a szkoda.
Ogólnie zabawa była super! Szkoda, że ta impreza odbywa się tylko raz w roku, choć... to nie do końca prawda. Dlaczego? Odsyłam do posta powyżej :)))))))))))))))))))))


foto: Tomas & co

wtorek, 20 listopada 2007

Wyborowo :)

Nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie znany jest nasz główny towar eksportowy. Jednak, czy ktokolwiek z Was odważyłby się snuć podejrzenia, że polska wódka - bo, jeżeli ktoś się jeszcze nie domyślił, to o niej właśnie mowa :) - przedostanie się na drugą stronę Wielkiego Muru oraz zrobi tam niezłą furorę? A jakże! Zresztą na poniższych obrazkach najlepiej widać, że polish vodka ma w Chinach niezłą markę :)


Poznajecie?


Teraz to już na pewno! :D


Zdjęcia ściany jednego z barów karaoke w Xiamen.


Foto: Tomas

niedziela, 18 listopada 2007

Mamy EURO 2008!!!


Przepraszam wszystkich niezainteresowanych piłką nożną za temat tego wątku, ale nie mogłem tego pominąć! Polska reprezentacja zakwalifikowała się do Mistrzostw Europy w piłce nożnej! Będzie to pierwszy w historii występ naszych reprezentantów na tej imprezie. Mało tego - styl w jakim wywalczyliśmy sobie awans naprawdę jest niesamowity!

Kurczę, muszę trochę ochłonąć :)

Wszystko zostało wyjaśnione wczoraj, kiedy to pokonaliśmy u siebie Belgię 2:0 na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Obie bramki nie zdobył kto inny jak Ebi Smolarek - duma naszej reprezentacji. Teraz bez względu na wyniki meczów pozostałych drużyn oraz naszego ostatniego meczu [z Serbią w Belgradzie] mamy zagwarantowany awans z 1. lub 2. miejsca [gdyż te miejsca są honorowane].

Niesamowite jest to, że do tej pory ani razu nie udało nam się wejść do EURO, a teraz będziemy grali na tej imprezie co najmniej 2 razy z rzędu, ponieważ kolejna edycja [w roku 2012] odbędzie się w Polsce i na Ukrainie [co znaczy, że występ mamy gwarantowany] :)

Żeby nie było, że jest to post zupełnie nie związany z tematyką bloga, to dodam, że powyżej opisany mecz Polska-Belgia był również transmitowany na sportowym kanale chińskiej telewizji publicznej CCTV5, dzięki czemu miałem tą wspaniałą okazję uczestniczyć w tym niezwykłym wydarzeniu :)


foto: Tomas

wtorek, 13 listopada 2007

Póki co...

Póki co przestój w pisaniu bloga i dodawaniu postów, gdyż trwa swego rodzaju sezon ogórkowy spowodowany egzaminami środkowo-semestralnymi oraz przygotowaniem do nich. 2 testy w tym tygodniu - czytanie i pisanie wypracowań oraz podstawy ekonomii, a w następnym tygodniu sprawdzian z mowy. Jak tylko profesor Wang wróci z Malezji to będzie też test z chińskiego.
W porównaniu do Jimei sesja tutaj to zupełny luz. Z dotychczasowym materiałem nie miałem, jak dotąd, żadnych - mniejszych, czy większych - problemów. Ze wszystkim jestem na bieżąco, nie mam żadnych zaległości, nawet jak zdarzy mi się ominąć jakąś lekcję, co do tej pory nie zawsze było takie oczywiste. Oczywiście nie wypada zapeszać, gdyż i tak wszystko wyjdzie "w praniu" :)

Oprócz przygotowań do sesji trwają również przygotowania do turnieju piłkarskiego, który odbędzie się 1 grudnia na boiskach UX. Mamy już nawet drużynę, były też pierwsze treningi, choć w mocno okrojonym składzie. Na razie nie będę zdradzał zbyt wiele, ale jeśli przystąpimy do turnieju w takim składzie jaki jest teraz, to powiem tylko, że team będzie mocno międzynarodowy :)
Poza tym staram się wczuć w atmosferę eliminacji do Euro 2008, bo jak wiadomo nasi grają w sobotę - najprawdopodobniej - historyczny mecz z Belgią. Mam tylko nadzieję, że już w ten weekend rozstrzygnie się sprawa awansu, co byłoby dla mnie [i nie tylko] powodem do ogromnej radości i wielkiej dumy :D Powodzenia, chłopaki! Jiayou!


Pokonajmy ich, tak jak ostatnio :)


foto: Internet

czwartek, 8 listopada 2007

S jak Sponsor

Jeszcze nie napisałem właściwej historii o sponsorze, a tu już mi się nasuwa kolejny wątek o nim, dlatego postanowiłem, że streszczę moją historię znajomości z nim [dla tych, którzy nie czytali bloga Aśki]. Otóż poznaliśmy go pewnego pięknego dnia w chińskim klubie. Byliśmy tam wieczorem całą bandą - ja, Asia, Renata i Rafał. Tak się złożyło, że nie było już wolnych miejsc, ale na szczęście Sponsor [właściwe imię Zhou Zhuolin] nas dostrzegł, zaprosił na kanapę, oraz przez całą noc fundował alkohol i przystawki, które tanie nie były [stąd zasłużył sobie na owy -jakże oryginalny - przydomek]. Zabawa z nim była przednia, więc wymieniliśmy numery telefonów i umówiliśmy się z nim na kolejne spotkanie.


A na to nie trzeba już było długo czekać, gdyż następnego dnia Sponsor [trzeci z prawej, między Renatą i Agatą] zaprosił nas do parku na herbatkę...


... a zaraz potem zafundował wystawną kolację. Jedliśmy huoguo.


Jak by jeszcze tego było mało, to po sytym posiłku udaliśmy się razem do klubu KTV śpiewać karaoke.


Widać i to mu nie wystarczyło, gdyż kolejnego dnia zaprosił nas do siebie na rodzinny obiad. Mieliśmy okazję poznać jego żonę i syna, oraz posmakować dań, które sam przyrządził. Panie, niebo w gębie!


Potem oprowadził nas jeszcze po swojej fabryce. Nie wspominałem jeszcze o tym, ale Sponsor jest biznesmenem. Produkuje on opakowania, głównie z papieru. Były już nawet z jego strony propozycje robienia wspólnych interesów. Kto wie, czemu nie? :)

--------------------

A teraz historia właściwa :) W ostatni poniedziałek postanowiliśmy wspólnie zmobilizować siły i zaprosić Sponsora do nas do szkoły. Wzięliśmy po piffku i poszliśmy sobie na plażę. Było nawet całkiem fajnie, rozmawialiśmy, żartowaliśmy itp., ale oczywiście Sponsor nie byłby sobą, gdyby nie wyskoczył z pomysłem zaproszenia nas na kolację. Jak powiedział, tak zrobił. Dryndnął po kumpli i nawet żeśmy się nie obejrzeli, kiedy to już staliśmy przed restauracją. A co powinno się jeść w portowym mieście? Oczywiście owoce morza!


Takie jak różnego rodzaju rybsy...


...krewety...


...homary...


...kraby...


...czy to coś powyżej, co wyglądem przypomina ludzkie odchody :)


Załoga powitała nas z niekłamanym entuzjazmem [widać waiguoreny w tej części Xiamen nie są zbyt często widywani :)


A tak wyglądały już przyrządzone dania, mniam, mlask...

W wielu chińskich restauracjach panuje zwyczaj, by spożywać posiłki przy okrągłych stołach z obrotowym, szklanym blatem. Dzięki temu każdy z gości ma łatwy dostęp do każdego z dań

W Chinach jedną z rozrywek dość rozpowszechnionych we wszelkich barach, restauracjach czy klubach jest gra w kości. Ma się pięć kości, każdy z uczestników rzuca, a zadaniem jest przybliżone odgadnięcie liczby poszczególnego nominału spośród wszystkich kości na stole [np. cztery czwórki, pięć szóstek]. Następna osoba stara się przebić ową liczbę, więc suma z każdym razem musi być większa, aż dochodzi do momentu, gdy któryś z graczy woła "blef!", czyli sprawdza. Jeżeli miał rację to wygrywa, a jeżeli liczba wymienionego nominału jest co najmniej taka sama jak podawał drugi gracz, to wówczas ten pierwszy przegrywa. A przegrana musi oczywiście odpokutować swoją porażkę poprzez uchylenie kielonka... :)


Aśka nie dawała Chińczykom żadnych szans!


Czas upływał baaaaardzo miło :)


Właściwie to nie wiemy czemu Sponsor chciał nas poznać [nawiasem mówiąc jestem z tego zadowolony również dlatego, że jest to bardzo sympatyczny człowiek], więc zwalamy wszystko na pozytywną stronę bycia obcokrajowcem w Chinach, ponieważ - przynajmniej w pewnych kwestiach - jest to pewien rodzaj nobilitacji, gdy spotykają nas takie przygody jak ta ze Sponsorem. Oby było ich więcej! :D


foto: Archiwum

niedziela, 4 listopada 2007

Demokracja po chińsku

Jak wszem i wobec wiadomo coś takiego jak demokracja w Chinach nie istnieje, więc tytuł posta jest trochę przekorny, ale właściwie o to mi chodziło.

Nierzadko Was pewnie dochodzą sygnały, z telewizji, radia, prasy czy portali internetowych, że w Chinach takie serwisy jak Yahoo!, Google czy MSN są cenzurowane, co właściwie jest ich warunkiem istnienia na chińskim rynku. Od niedawna jednak została zupełnie zablokowana strona Youtube, czego przyczyny nie są do końca jasne. Jedni mówią, że dzieje się tak dlatego, gdyż właśnie trwa 17. zjazd partii komunistycznej, a rządowi chińskiemu zależy, by nikt nie umieścił w serwisie filmów ze zjazdu. Inni mówią z kolei, że na portalu umieszczane były filmy ze strajków, co też nie jest zbytnio po drodze chińskiemu rządowi. Prawdopodobne jest też, że - choć moim zdaniem jest to wersja najmniej prawdopodobna, mimo to jej nie wykluczam - mogły nastąpić problemy techniczne, w końcu w Chinach jest ok. 170 mln internautów. Z drugiej strony jaka jest polityka Chin - każdy wie, bo sami musieliśmy kiedyś przez to przechodzić - mam na myśli system komunistyczny. Czy jest to więc tylko zbieg okoliczności?

Dochodzą mnie też ostatnio słuchy, że chiński rząd stara się uprzykrzać życie blogerom. Chiny mają z tym ogromny problem, ponieważ w tym kraju istnieje ok. 1,5 mln blogów. Pierwszym powodem tak dużej liczby jest na pewno to, że państwo to może poszczycić się największą liczbą ludności na świecie. Drugim to, że w czasach, których żyjemy internet stał się ostatnią ostoją wolności, gdzie można jeszcze wyrazić swoją opinię. Tylko nasuwa się pytanie: jak długo?

A sprawa jest dosyć poważna, bowiem ja, dajmy na ten przykład, miałem w ciągu ostatniego tygodnia ogromne problemy by wejść na stronę. Posty wysyłałem kuchennymi drzwiami [tzn. zdalnie], strona natomiast wcale się nie wyświetlała, co bardzo utrudniło mi zmienianie jej zawartości, uniemożliwiło dodawanie komentarzy, a pozostałym przeglądania jej zawartości w ogóle. Na szczęście dzisiaj jest już wszystko w porządku, ale niczym echo wraca to samo pytanie: na jak długo?...

Co Wy o tym myślicie? Zapraszam do dyskusji na ten temat w komentarzach.

Helloween Party

W ubiegłą środę miała miejsce impreza helloweenowa w jednym z barów niedaleko uniwesytetu. Sporo waiguorenów [czyt. obcokrajowców] szykowało się na to party, ponieważ była to świetna okazja, by dać upust swej wyobraźni oraz talentom inwencyjno-projektanckim - wszak kostiumy były baaardzo mile widziane :D

Jak się wkrótce okazało, na studentów można liczyć, ale po kolei.
Jeśli chodzi o samo miejsce - był to malutki, 2-piętrowy lokalik, a w środku duszno, parno i gorąco, do tego muzyka też niezbyt ciekawa; większość to techno-mularskie, chińskie disco, od czego w przyszłości broń mnie Panie Boże. W dodatku kazali sobie słono płacić za wstęp - bilet 20-25Y, a w jego cenie piwo [nawiasem mówiąc ohydne :/].

Jedynym elementem, który - na szczęście - nie zawiódł byli ludzie! A tych można było w środowy wieczór, w Gelai Barze uświadczyć około 2 razy więcej niż normalnie mógłby pomieścić lokal. Może nawet nie tyle ludzie, co ich przebrania! Wśród gości można było dostrzec m.in. hawajskie dziołchy, mumię, dzwoneczka, Miriam czy Hugh Heffnera z króliczkiem lub nawet muchomora[!]

P.S. A poniżej obiecane zdjęcia z imprezy :)


Cała nasza wesoła gromadka, czyli m.in. Hugh Hefner, zakonnica, wiedźma, kowboj i hawajska piękność


Panienka powyżej uparła się, żeby mieć ze mną zdjęcie, no to co jej będę problemy robił :P
[nie pytajcie mnie jakiego szamponu ona używa, lol XD]


Z szefową lokalu :)


Po lewej Renata, a po prawej? Kolejna panna? Niestety, muszę Was rozczarować. Przyjrzyjcie się uważniej...


Faraon przed i po balsamowaniu


Królewna Śnieżka pokazała swe prawdziwe, perwersyjne oblicze

...

A na koniec mały bonusik - coś specjalnego :)


Człowiek-grzybor!!!!!!!!! XD


foto: Archiwum